I'm dreaming of a White christmas.

Sprawa testamentu trochę się przeciągała. Najpierw urzędnicy nie potrafili się dogadać czy Voldemort jest rzeczywiście pełnoprawnym ojcem spadkobierczyni. Gdy wreszcie kwestia ta została wyjaśniona na korzyść* Czarnego Pana, wynikały kolejne problemy, zaprzątające głowę pracowitych notariuszy i innych pracowników. A to czy testament opiewa taką a taką sumę, a może jednak nie. A to czy opiekun spadkobierczyni nie ma jakiś zatargów z prawem (tu pomogło małe Imperio). A to znowuż To, a to Tamto… Dodatkowo w całym tym rozgardiaszu mała Riddle’ówna pełna wściekłości co chwilę rzucała się na swego ojca, „jakby-to-on-miał-coś-wspólnego-ze-śmiercią-jej-matki”. W konkluzji, sprawa testametntu stanowczo się przeciągała. Tak, że wreszcie nadeszły Święta i urzędnicy z paskudnym uśmiechem na twarzy, dziwnie przymilnym tonem oznajmili, że dalsze postępowanie rozpocznie się w styczniu, gdyż teraz to przerwa, rodzina, zakupy…

Przerwa, rodzina, zakupy…
Pierwsze Czarny Pan właśnie sobie zrobił. Na nieśmiałą propozycję Dumbledore’a czy zostanie w Hogwarcie pomóc ubierać choinkę, rzucił dyrektorowi mordercze spojrzenie nr. 5 i odleciał na miotle do domu. W Koszmarnym Dworze mimo wszystko świąteczne drzewko zaistniało. Skrzaty, na czele z Servem, przez wiele tygodni ubierały choinę, stojącą w holu i wysoką przez wszystkie piętra. Efekt był piorunujący. Drzewko migotało tysiącami malutkich lampek, których światło dodatkowo odbijały złote i srebrne bombki** i odgrywało melodyjkę „We Wish You A Merry Christmas”, gdy się koło niego przechodziło. Ilekroć Czarny Pan wkraczał do holu, uświadamiał sobie z goryczą dlaczego właściwie nie lubi świąt.
Jeśli zaś chodzi o rodzinę, to stanowiła ją poniekąd Yahoo, która wcisnęła pod choinkę opakowany prezent i zabroniła Voldowi otwierać go do 24-ego, po czym podążyła w nieznanym kierunku***. Dalej, rodziną Voldemorta było dwadzieścia prześlicznych dziewczynek, które, chwała Merlinowi, święta bezpiecznie spędzały w szkole. Tom wzdrygnął się na myśl niańczenia dzieci w święta. Właściwie wzdrygnął się trzykrotnie: na „niańczenie”, „dzieci” i „święta”.
Jedyną rzeczą jaka go cieszyła to wolne. I to po raz pierwszy radował się z tego faktu. Nim zaczął pracować jako nauczyciel miał wolne zawsze, i wszędzie, i aż do przesady, co po jakimś czasie stawało się nudne, toteż „przerwa świąteczna” nie wywoływała większego entuzjazmu. Teraz słowo „wolne” nabrało nowego znaczenia. Można było wylegiwać się w łóżku do południa, a od południa leżeć przed telewizorem już do wieczora, ćwicząc kciuk przełączający przyciski na pilocie lub wykonywać inne zajęcie nie wymagające zbyt dużej aktywności ruchowo-choreograficznej.
Kwestia zakupów nie wyglądała zachęcająco. Nie dość, że Czarny Pan nigdy nie był typem człowieka łatwo wpadającego w szał zakupowy, to na dodatek teraz nie miał nawet z czego pozwolić sobie na taki szał. A trzeba było, gdyż nie wypada nie kupić małego prezentu przyjaciołom, choćby dlatego, że wciąż i mimo wszystko jeszcze nimi są ;). Wizja odwiedzenia magicznego centrum handlowego, gdzie można jeszcze było trafić na jakieś przeceny i promocje (czego nie można powiedzieć o burżuazyjnej Pokątnej) jawiła się przed Voldemortem niczym czarna zmora, której nijak nie dało się wyminąć.

Aktualnie Czarny Pan nie baczył jednak na zakupową zmorę, mimo iż ta metaforycznie dźgała go w metaforyczne oko. Nie baczył też na to, że czasu ma dość mało, gdyż 24-y zbliżał się wielkimi krokami (miał nastąpić dokładnie za 7 godzin). Tom stał spokojnie przy oknie i obserwował panującą na dworze zamieć śnieżną. Nagle coś za nim trzasło w kominku. Odwrócił się momentalnie i ujrzał siwobrodego starca, w czerwonym wdzianku i czerwonej czapce z pomponem, gramolącego się z kominka na pokój.
- Ho ho ho! – powiedział Dumbledore, przebrany za św. Mikołaja. Voldemortowi opadła szczęka – Czy byłeś grzeczny w tym roku?
- Jak zwykle… – westchnął Czarny Pan i usiadł na krześle. Dumbledore począł wyciągać z komina duży wór, który najwyraźniej tam utknął. Na słowa Voldemorta, spojrzał na niego badawczo, po czym parsknął śmiechem.
- W takim razie na pewno napisałeś list z życzeniami do świętego Mikołaja. Co chciałbyś dostać, chłopczku?
Voldemort skrzywił się.
- Jo-jo – odparł.
- Czyżbym wyczuł w twoim głosie ironię.
- Nieee, nie gdzieżby tam…
Dumbledore ostatecznie uporał się z workiem, i przytaszczywszy go ze sobą, usiadł na krześle naprzeciw Czarnego Pana, rozglądając się uważnie po pokoju.
- No, nie powiem, ładnie się urządziłeś. Podoba mi się, muszę przyznać. Żałuję, że tak rzadko mnie do siebie zapraszasz – mówił Albus z ekscytacją.
- Nie widziałeś jeszcze najlepszego – mruknął zrezygnowany Czarny Pan.
- Oprowadź mnie.
Voldemort był szczerze zdziwiony tym życzeniem, ale jak na dżentelmena przystało, wstał z zamiarem pokazania gościowi domu. Obaj panowie wyszli z pokoju, zostawiając w środku wypchany wór.
- A zatem zacznę od clou. Oto przed tobą drogi Albusie, jedyna w swoim rodzaju, najpiękniejsza z pięknych, najświętsza z świętych i najtandetniejsza z tandetnych CHOINKA! – Vold zaanonsował, jak rasowy konferansjer. Oboje weszli do holu, a drzewo zaintonowało fałszywie Merry Christmas. Dyrektorowi Hogwartu oczy zapłonęły z podziwu.
- Musimy takie coś zainstalować w szkole na następny rok!
Voldemort pacnął się otwartą dłonią w czoło. Pociągnął oczarowanego Dumbledore’a za rękaw i opuścił hol jak najszybciej potrafił. Zeszli parę pięter niżej i znaleźli się w kuchni. Było to olbrzymie pomieszczenie, w którym jak mgła unosiła się para wodna z tysięcy garnków. Było tu dość głośno – dzbanki świszczały, na patelniach skwierczało smażone jedzenie, pokrywki trzaskały, niekiedy rozbrzmiewał brzdęk tłuczonych talerzy, a to wszystko uzupełniał gwar setek małych skrzatów, balansujących z potrawami między stołami i kredensami.
- To moja kuchnia. Dziś trwają ostateczne przygotowania do wigilijnej uczty, ale zazwyczaj jest tu spokojniej – oznajmił Voldemort. Przechodzący akurat obok skrzat mruknął „A co on może o tym wiedzieć”, po czym jakby mimowolnie trzasnął się w głowę patelnią trzymaną w ręce. Albus widząc to wyraźnie posmutniał, a Voldemort zrobił przepraszającą minę. Wtem z oparów wyłonił się kolejny skrzat. Widać było jednak, że to skrzat nie byle jaki. Szedł z dumnie wypiętą piersią, mijając swoich towarzyszy dawał im krótkie wskazówki i rozkazy, a ze swoim panem przywitał się „Yo, sir!”. Skrzatowi na imię było Serv. Gdy tylko Serv zobaczył gościa Czarnego Pana, od razu rzucił się do niego i teatralnym szeptem powiedział:
- Dzień dobry, święty Mikołaju. Ja mam do świętego taką małą sprawę… Bo w tym liście co pisałem, napomknąłem o patelniach teflonowych, ale okazuje się, że już niepotrzebne, bo znalazłem jakieś pieniądze w zapasach Voldemorta i kupiłem za nie owe patelnie. Jednak byłoby mi bardzo przyjemnie dostać na święta nowy fartuch, no bo ten już jest taki stary i zużyty… no wie Mikołaj… Oczywiście, jeśli to nie byłby żaden problem… Bo Czarny Pan nie chce mi kupić nowego…
Dumbledore spojrzał karcąco na Volda, a winowajca stał ze zmieszaną miną, zastanawiając się, gdzie Serv mógł znaleźć jakieś zapasowe zaskórniaki.
- Ależ oczywiście, drogi Servie – uśmiechnął się miło Albus – byłeś bardzo grzecznym skrzatem, dlatego zasługujesz na prezent jaki sobie wymarzysz – w tym momencie wyczarował nowy, elegancki fartuch i kolorowy papier pakunkowy, który się wokół prezentu owinął – Ale pamiętaj – dodał, podając skrzatowi paczkę – możesz odpakować go dopiero jutro.
Servowi łzy wzruszenia zaszkliły się w oczach, gdy odbierał prezent.
- Och dziękuję, Mikołaju! – krzyknął i przytulił się do Dumbledore’a. Voldemort miał wypisane na twarzy „I ty, Brutusie?!”.

Czarodzieje opuścili kuchnię. Zwiedzili jeszcze sypialnie i przestronny salon. Szybkim krokiem przeszli przez wilgotne i zimne lochy, w których echem odbijały się od ścian jęki i wrzaski torturowanych więźniów. Na koniec weszli do ogrodu, przysypanego śnieżnym puchem, co dawało mu jeszcze bardziej magiczny charakter. Zawierucha ustała i tylko płatki śniegu spadały z nieba, wirując łagodnie i migocząc w świetle sierpa księżyca. Magowie wrócili do pokoju, z którego rozpoczęli wędrówkę po Koszmarnym Dworze. Na miejscu okazało się, że wór pozostawiony tam jest pusty. Do tego zza fotela rozlegały się przytłumione szepty i chichotanie.
- No tak… - westchnął Dumbledore – Wydaje się, że twój prezent postanowił już opuścić worek.
Zza fotela wyjrzały głowy małych dziewczynek. Voldemort bardzo dobrze rozpoznał w nich swoje córki i z hukiem oklapł na stojące obok krzesło.
- Tatuuuuuuś!!!!! – wrzasnęła gromadka i podbiegła do Volda. Córki wspięły mu się na kolana lub skakały wokół niego. Mała Trino wdrapała się na biurko, stamtąd przeszła na ramiona Voldemorta i siadła mu na barana.
- C… co one tu robią??? – wyjąkał Czarny Pan.
- No cóż, jak mogłeś pozwolić na to, by panny Riddle spędzały święta samotnie w szkole, kiedy mają bliską rodzinę. Mogłem wysłać je do swoich matek, każdą z osobna, ale te słodkie szkraby uparły się, by spędzić święta ze sobą razem. Jako, że ty jesteś ich ojcem, postanowiłem przyprowadzić wszystkie do ciebie. A po obejrzeniu twego domu muszę stwierdzić, że masz wystarczająco dużo miejsca by je wszystkie tu pomieścić i zapewnić im wszelkie wygody. W takim razie zostają.
- HURRRAAAA!!! – krzyknęły dziewczynki, a Albus posłał im dobroduszny uśmiech.
- Wesołych Świąt, dziewczynki – powiedział przyjaznym tonem – A ty… - zwrócił się do Voldemorta, a głos mu od razu spoważniał – Spróbuj ich nieupilnować lub sprawić, że będą się tu czuły źle przez te święta… - po czym przejechał sobie palcem po gardle, podkreślając tym gestem powagę sytuacji – No, to do zobaczenia po Nowym Roku – głos dyrektora ponownie stał się miły – Ho ho ho! – krzyknął na pożegnanie, wszedł do kominka i zniknął, używając proszku Fiuu, do przeniesienia się w inne miejsce.
Voldemort siedział sztywno na krześle, ze wzrokiem wbitym w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał święty Mikołaj-Dumbledore. Najwyraźniej nie był grzecznym Czarnym Panem w tym roku… W takich chwilach wiedział, dlaczego nie lubi świąt.

  

* choć patrząc na to z drugiej strony, czy te córki to taka korzyść… ;)
** serio, Voldemort prawie nie oślepł, jak ujrzał to po raz pierwszy
*** nieznany kierunek jest też czasem zwany Spinner’s End
**** co do tytułu - należy również przypomnieć, że Albus znaczy Biały z łaciny


tom-marvolo-riddle - 2008-12-20 || 05:24:13
skomentuj (7)

All rights reserved ®

Chapters
Rozdział I
Let's the show begin
Rozdział II
The giants' duel
Rozdział III
Wheel of fortune
Rozdział IV
I'm an alien
I'm an legal alien

Rozdział V
If you like to f*ck for funny,
f*ck yourself and save the money

Rozdział VI
Sorry, we can't cash your cheque
Rozdział VII
When he saw a saw
Rozdział VIII
Hide and seek
Rozdział IX
We don't need another hero
Rozdział X
Trick or treat
Rozdział XI
Are you dead yet?
Rozdział XII
I've got a golden ticket,
I've got a golden twinkle in my eye

Rozdział XIII
Luck of the English
Rozdział XIV
I'm dreaming of a White christmas